Gamedile.pl

Battle Chasers - komiks, który odniósł sukces i przepadł

Zobacz polecaną grę
Kentaro Miura, autor mangi Berserk, stworzył długoletnio wydawaną markę. Pierwsze przygody Gutsa w bardzo mrocznej wariacji średniowiecza pojawiły się jeszcze w 1989 roku, a kolejne tomy wydawane są do dzisiaj. Rocznie ok. dwóch. To niedużo, ale zaangażowania oraz pomysłów Miurze odmówić nie można. Nie każdy ma jednak tyle cierpliwości.

Joe „Mad Joe” Madureira stworzył komiks Battle Chasers, który odniósł ogromny sukces. Mimo to w ciągu czterech lat spod jego ręki wyszło jedynie dziewięć zeszytów dla fanów. Na dziesiąty czekamy już... 16 lat.

Dobre złego początki



Joe już w wieku 16 lat wylądował w Marvel Comics, o czym wielu chłopców w jego wieku mogło jedynie marzyć. Jako stażysta pracował u boku edytora Danny'ego Fingerotha i od tego zaczęła się jego kariera. Robił to, czego pragnął - tworzył, i to od razu dla branżowego giganta. Pracował m.in. nad Excaliburem czy Deadpoolem, choć najlepiej dał się poznać dzięki zeszytom z serii Uncanny X-Men, nad którymi pracował 3 lata. Już wtedy dało się dostrzec w jego piórze fascynację wschodnią twórczością.

W roku 1997 był już jednak zmęczony mutantami oraz coraz mroczniejszym klimatem komiksów. Uzbrojony w bogate doświadczenie oraz własny styl stanowiący nietuzinkowe połączenie mangowej kreski z zachodnim podejściem inspirowanym pracami Arthura Adamsa, postanowił pójść na swoje - i wtedy narodziło się Battle Chasers.

Arcanepunk europejsko-azjatycki



Madureira wymyślił sobie, że będzie tworzył komiks w klimacie magii i miecza. Całość oparł jednak na Arcanepunku, w którym tajemne sztuki występują obok szeroko pojmowanej technologii (w tym maszyn parowych czy broni palnej). Najłatwiej jest spojrzeć na niego pod kątem takich gier jak Fable, Arcanum czy ShadowRun. Idealnie twórczość Mad Joe prezentują jednak World of Warcraft i League of Legends - wyglądają niemal jak kopie jego dzieł.



W roku 1998 Madureira stworzył - wraz z J. Scottem Campbellem oraz Humberto Ramosem - markę Cliffhanger. Pod jej szyldem wydawali swoje produkcje w ramach wydawnictwa WildStorm. Dzięki temu na rynku zadebiutowały takie komiksy, jak Danger GIrl, Crimson i właśnie Battle Chasers.

Dla dzieła rysownika był to dopiero początek wędrówki. Komiks po wydaniu czterech zeszytów trafił pod skrzydła DC Comics, a dziewiąty i ostatni - do Image Comics.

Raj Utracony



Okazało się, że pomysł Madureiry był strzałem w dziesiątkę. Na pewno wpływ na to miała paleta bohaterów, na której oparł on swoją historię. To właściwie postacie-klisze, archetypiczne twory, jakie spotkać możemy niemal w każdym heroic fantasy. Z tym, że nie do końca.

W Battle Chasers spotykamy się z 9-letnią Gully, córką wielkiego bohatera Aramusa, który zaginął. Pozostawił jej jednak po sobie schedę - potężny artefakt, magiczne rękawice o ogromnej mocy. To one sprawiły, że stała się celem i pewnej nocy musiała uciekać z rodzinnego domu przed wilkołakami. Na szczęście natrafiła na bardzo nietypowego obrońcę - bojowego golema (w przebraniu!) Calibretto, o ogromnej sile i łagodnym usposobieniu. To on uratował ją przed wrogami i zapoznał z czarodziejem Knolanem. Stąd był już tylko krok od spotkania z przyjacielem Aramusa z dawnych lat, ex-paladynem Garrisonem oraz złodziejką równie groźną, co skąpo ubraną Red Monicą.



Na papierze zgraja ta niczym się nie wyróżnia. Wręcz uderza sztampą. Jak Garrison, złamany rycerz, dawniej najlepszy szermierz i pogromca wszelkich antagonistów, dziś złamany pijak, któremu zamordowano żonę. Przerabialiśmy to. Podobnie, jak robota, który odrywa w sobie ludzką naturę czy złodziejkę, która tylko na pozór dba tylko o siebie. Z tym że wszystko tu jest bardzo na pozór. Na pierwszy rzut oka rozgryźliśmy każdego, a jednak Joe ukrył w nich takie ukryte pokłady prawdziwych indywiduum, że nie sposób ich nie polubić i nie zacząć przejmować się ich losem. Nie dziwota, że w latach 90. fani pokochali ten tytuł. W dodatku Madureira rozsądnie rozłożył akcenty, wymieszał akcję z intrygą i oblał to swoją zachodnią wizją mangowej kreski. Chapeu bas! Każda strona tego komiksu to małe arcydzieło godne podziwu.

Mad Joe stworzył więc coś wyjątkowego. Wyszedł chyba jednak z założenia, że jeśli coś kochasz, to pozwól mu odejść. A jeśli będzie wracać to uciekaj. Popularność cyklu musiała przerosnąć oczekiwania rysownika, a być może i jego... chęci. Choć samo Battle Chasers cieszyło się wielkim uznaniem, sam autor zahamował ten hype. Przerwy między kolejnymi tomami rozwlekały się w nieskończoność. Wystarczy powiedzieć, że na siódmy zeszyt z przygodami bohaterów fani musieli czekać aż 16 (!) miesięcy. Tempo Madureiry było mocno krytykowane. Najgorsze było jednak to, że ostatni tom zakończył się cliffhangerem, a dziesiąty już się nie pojawił. Nawet pomimo trafienia na 14. pozycję TOP 300 komiksów o największej liczbie zamówień. Na pre-order zdecydowało się ponad 60 tysięcy fanów, a w marcu 2003 roku Twentieth Century Fox rozważało nawet stworzenie filmu opartego na jego motywach.

Można rzec, iż Madureira własnymi rękami zadusił kurę znoszącą złote jaja. Podczas gdy fani ubolewali nad sytuacją, autor przeniósł swoje zainteresowania na grunt gier komputerowych.

Iskierka nadziei





Niespodziewane światełko w tunelu pojawiło się w roku 2015, 15 lat od wydania dziewiątego zeszytu. Wtedy to Mad Joe pojawił się na Kickstarterze razem z zespołem Airship Syndicate i propozycją przywrócenia Battle Chasers w formie gry RPG. O tym, że fascynacja fanów nie straciła swej mocy, niech świadczy fakt że uzbierał aż 856 354 dolarów z wymaganych 500 tysięcy.



Tytuł zadebiutował na rynku w roku 2017, trafiając na PC (m.in. na polski serwis GOG) oraz PS4 i Xbox One. Można się cieszyć z jego ciepłego przyjęcia (nasza recenzja tutaj), ale i żałować braku pociągnięcia wielu wątków. Battle Chasers: Nightwar to już bowiem nowa historia. Mad Joe zobligował się jednak podczas kampanii do wydania dziesiątego zeszytu i na to czekam. Dlaczego? Bo warto. Pozostawiam to bez cienia wątpliwości. Sam zapoznałem się z komiksem lata temu (w Polsce też był wydawany). Zrobiłem to również przy okazji premiery gry. Nadal bawi, nadal wciąga.

Choć w tekście nie oszczędzałem Madureiry, jestem pełen podziwu dla jego pracy. Wytrwałości - nie, ale samej pracy zdecydowanie. Ten człowiek ma wielki talent, musi tylko pamiętać, że dając fanom wielką historię powinien także dać jej zakończenie.

Przeczytaj także...