Gamedile.pl

#

Kingdom Come: Deliverance

PCPS4XO | Producent: Warhorse Studios | Wydawca: Warhorse Studios

Łap waćpan za miecz i walcz za Bohemię!

Recenzja gry Kingdom Come: Deliverance
napisał # Krzysiek „Bebop” Kałuziński, 15 marca 2018
Symulator średniowiecza - taką łatkę przykleiłem Kingdom Come: Deliverance i wcale nie traktowałem tego na plus. Sądziłem, że idea przerośnie studio Warhorse, nie dawałem wiary w sukces kolejnego tworu rodem z Kickstartera. Powiem wprost - spodziewałem się drugiego No Man's Sky.

Okazałem się wróżbą fatalnym i bardzo mnie to cieszy. Do rzeczy.

Heniek do zadań specjalnych



Źle się dzieje w państwie czeskim, szczególnie w roku 1403, do którego trafiamy. Kraj rządzony jest przez króla Wacława, nieudolnego następcę Karola, zarazem pijusa i hulakę, który doprowadza szlachtę na granicę załamania nerwowego. Sprowadzenie na pomoc jego przyrodniego brata Zygmunta, by ten przywołał go do porządku, okazuje się ogromną wtopą. Najeżdża on bowiem swoich rodaków i siłą próbuje przejąc tron, przy okazji uprowadzając Wacława.



Dla młodzieńca ze Skalicy - Henryka - te polityczne przepychanki mają jednak znaczenie drugorzędne. To dobry temat do plotek i sporów, lecz nie ważniejszy niż zakup węgla, pomoc ojcu przy kuciu miecza dla szlachcica, wodzenie wzrokiem za spódniczkami czy psoty pokroju obrzucania domów łajnem...

W końcu jednak wojna puka i do jego domu. Armia Zygmunta pali Skalicę, jej dowódca morduje mu rodziców, traci ukochaną, a sam ledwo uchodzi z życiem. Pozostaje mu jedynie zemsta oraz ostatni miecz wykuty przez ojca, choć ten akurat nie na długo.

Fabuła może nie urzeka od pierwszego momentu swoją innowacyjnością, ale jest poprowadzona sprawnie i niemiłosiernie wciąga. W sieci spotkałem się z wieloma zarzutami pod jej adresem. Pierwszym była liniowość i fakt, że na wiele kluczowych wydarzeń mamy wpływ znikomy. Drugi zarzut niejako łączy się z poprzednim - stwierdzał, że Kingdom Come nie jest RPGiem, bo często Henio sam podejmuje decyzje, nie pytając nas przy tym o zdanie.



Muszę tutaj stanąć w obronie gry - już przecież Gothic nie pozwalał zbytnio naruszyć wątku głównego, a w Polsce i tak ma status kultowego RPGa. A to, że nie zawsze mamy pełną wpływ na zachowanie Henryka? Akceptuję to, bo wynagradza to świetny scenariusz z kapitalnie napisanymi dialogami. Nieważne, czy akurat udajemy się na popijawę z księdzem o luźnej moralności, imprezujemy w łaźniach z młodym szlachcicem czy prowadzimy śledztwo in cognito w klasztorze. To zawsze jest mocno rozpisane i ciekawe.

Ktoś w Warhorse wiedział, jak stworzyć sceny godne zapamiętania.

Zrób ze mnie Lancelota



Henryk stanowi klasyczny przykład drogi od zera do bohatera. Początkowo nie nadaje się prawie do niczego, kiepsko się skrada, mieczem macha jak cepem, a o koniu może co najwyżej pomarzyć. Praktyka jednak czyni mistrza i jeśli długo posiekamy ostrzem, w końcu coś zacznie nam wychodzić. Nauczymy się wyprowadzać kombinacje oraz kontry, ciosy staną się dotkliwsze. To dotyczy też pozostałych cech: retoryki, alchemii, jazdy konno czy włamywania. Taki schemat znamy już ze Skyrima i dobrze się sprawdza. Podobnie zresztą, jak w The Elder Scrolls, możemy też trenować u mistrzów, choć to już niemały wydatek.

Co kilka leveli zyskujemy również możliwość wybrania perków zależnych od rozwijanej cechy lub umiejętności. Męski odór zwiększy np. retorykę w kontaktach z płcią przeciwną, ale negatywnie wpłynie na skradanie się. Z kolei w tym pomoże Rain Man, dzięki któremu podczas deszczu stawiane przez nas kroki będą niknąć wśród spadających z nieba kropel. Jest tu nawet perk w alchemii nazwany „Wiedźmin”, dla chcących łykać więcej eliksirów.

To prosty, intuicyjny system, choć wcale na taki nie wygląda po pierwszym rzucie oka na interfejs.



Widok pierwszoosobowy to z kolei strzał w dziesiątkę, choć rozgrywki nie ułatwia. Immersja jest jednak większa, kiedy oglądając się za siebie widzimy kołczan i łuk, a zerkając na stopy podglądamy podarte onuce.

Walka wymaga wiele wprawy i cierpliwość. Szczególnie na początku pojedynki są ciężkie, a przeciwnicy bezwzględni. Z pomocą przychodzi warstwowe ubieranie się, bo każdy miecz będzie miał problem z przebiciem zarówno kolczugi, jak i napierśnika. Chyba że wróg wróci ze znacznie lepiej do tego dostosowanym buzdyganem. Musimy też wziąć pod uwagę to, że taki basinet będzie lepiej nas chronił, ale podczas walki ograniczy również widoczność. Czasem lepiej też porzucić zbroję, przywdziać czarne ubrania i po cichu wyeliminować wrogów. Tak, zależności jest sporo.

Surwiwal w średniowieczu



Miłym elementem gry są codzienne obowiązki. Heniek musi spać i jeść - głodny straci część wytrzymałości, a przejedzony stanie się ociężały. Przez niewyspanie będą mu się kleić oczy, z kolei alkohol może na trochę podnieść jego zdolności retoryki. W końcu jednak pozna się też z kacem.

Jest tego więcej. Potrzebujemy regularnych wizyt u krawca, jeśli nie chcemy wyglądać jak żebrak. Płatnerz przywróci do porządku naszą zbroję po bojach, bo dziurawy pancerz to tylko nic niewarty kawał żelastwa. Umyć możemy się z kolei w balii, ale wiadomo, że lepiej to zrobić w łaźniach, szczególnie w towarzystwie młodych dam.

Plus i za to.

Nikt nie mówił, że będzie łatwo



Poziom trudności jest wysoki. Nie jest to może żaden soulslike, ale cierpliwość jest tu bardzo wskazana. Jednym z powodów doprowadzających do nerwicy jest system zapisu stanu gry. Ten jest automatyczny w kluczowych momentach głównej fabuły, ale poza nią uświadczymy go praktycznie tylko po przyjęciu questa lub po przespaniu się w należącym do nas łóżku. Alternatywą jest drink, Zbawienny Sznaps, który wymusza save w konkretnej chwili, ale wywołuje też stan upojenia.



Nie ma tutaj więc mowy o swobodnym hasaniu po łąkach, lasach i lochach, bo nierozważny gracz może stracić kilka godzin zabawy. Kląłem na to bardzo... aż się przyzwyczaiłem. Po prostu się dostosowałem. Myślę jednak, że wielu graczy to odstraszy. Dobrze, że wraz z aktualizacją twórcy wprowadzili możliwość „Zapisz i wyjdź”, bez tego było ciężej.

Musimy też przyzwyczaić się do tego, że gra nie zawsze prowadzi nas za rączkę. Czasem wcale nie podpowiada, gdzie musimy się udać, kogo podpytać, nie sugeruje rozwiązań ani celów pobocznych. Twórcy postawili na nasze zaangażowanie i czujność.

A ja łykam to jak pelikan! Nie zapomnę z pewnością chwili ucieczki ze Skalicy. Gnając na złamanie karku, minąłem sąsiadkę Henryka napastowaną przez Kumanów. Tylko na chwilę zwróciłem uwagę na jej wołania o pomoc, ale nie zareagowałem. Mój ogłupiały przez setki godzin spędzone przy uproszczonych grach mózg czekał na wskaźnik lub cel poboczny. Nie pojawił się, więc wziąłem nogi za pas.

Potem jednak spotkałem Teresę i jej los nie dawał mi spokoju. Niby tylko gra, ale lubuję się w graniu tymi czystymi jak łza bohaterami. Wczytałem więc wcześniejszy zapis i tym razem wpadłem prosto w tę bandę. Praktycznie bezbronny skupiłem na sobie ich uwagę, dając ofierze czas na ucieczkę. Dopiero potem sam rzuciłem się przed siebie. To wystarczyło.

Co prawda Teresa przeżyłaby tak czy siak, bez względu na moją decyzję mógłbym z nią też romansować, ale tylko w ten sposób miałem czyste sumienie. Tak Warhorse buduje zaangażowanie w grę.

Skazy na honorze



Nachwaliłem się, ale Kingdom Come ma też swoje za uszami. Przede wszystkim natrafiłem na masę bugów utrudniających lub uniemożliwiających rozgrywkę, a często jedynym ich rozwiązaniem był powrót do Windowsa. Raz Henryk nie był w stanie zsiąść z konia, ostatecznie więc stanął na jego grzbiecie na baczność i za nic nie chciał się ruszyć. Innym razem nie był w stanie pokonać progu, a zatem wyjść w ogóle z budynku. Sądziłem nawet, że może to przez długi łuk na plecach, ale i bez wdzianka nie dało się przejść. Zdarzył mi się popsuty zapis, jak i brak odpalenia właściwego skryptu. Trochę tego było.



Szału nie robi grafika i to nawet na detalach ustawionych na „high”. Elementy ubrania brzydko się przenikają, wszystko ma urok, ale wydaje się nieco przestarzałe. Loadingi się dłużą, a czasem wrogowie zaczynają mnie prać jeszcze zanim zmieni się ekran...

Nieidealnie, ale mimo wszystko nieźle wypadły twarze postaci. Nie jest to poziom Until Dawn, lecz gołym okiem widać, że Luke Dale to Jan Ptaszek, a Tom McKay to Henryk. Trochę gorzej jest już ze sztucznymi ich animacjami. Bardzo dobrze wypadł dubbing. Od razu słychać, że rozmawiamy nie z byle kmiotkiem, a szlachcicem, gdy do głosu dochodzi Hanusz z Lipy czy Radzik Kobyła. Bez zarzutu brzmią też muzyka oraz dźwięki otoczenia - jak leje deszcz, to leje naprawdę.

Mój ci jest! Mój ci jest!



Przyznam, że spotkałem się z tworem nieprzeciętnym, dalekim od ideału, ale niezapomnianym. Kingdom Come: Deliverance jest dla mnie dzisiaj tym, czym kiedyś był pierwszy Gothic, a czym miał stać się Elex. Trudnym, upierdliwym, zabugowanym arcydziełem. Gra niesamowicie rozbudziła moją wyobraźnię, sprawiła, że polubiłem tę historyczną otoczkę i łaknę więcej. Gdyby tylko autorzy dali nam jeszcze czeski dubbing, żebym poczuł klimat Bohemii pełną gębą, byłoby to coś!

Oby Warhorse nie zwalniało tempa. Kingdom Come odniosło już sukces, zyskało dobre oceny i wysoką sprzedaż. Chciałbym zobaczyć, jak tworzą symulator feudalnej Japonii albo Polski z czasów Sarmatów. To mogłoby się udać. Wiem, marzenia. Ale może?

Gorąco polecam Wam Kingdom Come, wymaga wiele wytrwałości, lecz nagradza ją po stokroć.

Zobacz na GOG GOG Kopię gry do recenzji dostarczył GOG.com - jej cyfrowy wydawca. Recenzja napisana w oparciu o wersję na PC.
Gra

Kingdom Come: Deliverance

  • Platformy: PCPS4XO
  • Gatunek: Fabularna» cRPG» Przygodowa gra akcji
  • Producent: Warhorse Studios
  • Wydawca: Warhorse Studios
  • Tematy Historia, Średniowiecze
  • Perspektywa: Pierwszoosobowa (FPP)
  • Prezentacja: 3D

Wydania gry

już wydane
# 13 lutego 2018 PCPS4XO

Wersje językowe

PlatformaPL dubbingPL NapisyAngielska
PC
XO
PS4

Plusy

  • scenariusz
  • walka
  • żyjący świat
  • rozwój postaci
  • dodatkowe aktywności

Minusy

  • animacje
  • optymalizacja
  • masa bugów
8 Dobra gra