Trudy i znoje staroszkolnego RPGa
Recenzja gry Pathfinder: KingmakerFabuła i gameplay
Jeśli miałbym to stwierdzić wyłącznie po prologu, to padłaby zdecydowana odpowiedź: nie. Bronienie zamku przed bandytami i późniejsza wyprawa po głowę Wielkiego Złego to motyw strasznie oklepany. Im jednak dalej, tym lepiej, a spory wkład miał w tym na pewno magic touch Chrisa Avellone'a.

Zabawa rozkręca się, gdy tylko zostajemy baronami tzw. Stolen Lands. Od tego momentu gra staje się RPGiem z elementami strategicznymi. Ta druga opcja wygląda podobnie do dbania o Caed Nua z Pillars of Eternity, choć jest bardziej rozbudowana. W Pathfinder sami dobieramy sobie doradców (z towarzyszy lub NPCów), przydzielamy im ważne zadania (śledztwo w sprawie klątwy, pertraktacje handlowe), budujemy (ustalamy co i gdzie stanie) oraz przyjmujemy gości.
Jest to zdecydowanie jeden z najciekawszych elementów gry, dlatego warto przy nim przysiąść. Co prawda produkcja oferuje automatyczne zarządzanie, dzięki któremu prawie na pewno nie stracimy królestwa - znacznie ciekawiej jest się jednak w to zaangażować.
Mieszane uczucia pozostawia warstwa RPG. Mamy tu bogactwo możliwości tworzenia i rozwoju postaci, są klasy podstawowe (z trzema alternatywami każda), profesje zaawansowane, multiklasowość, odmienne rasy, przez co tworzenie postaci z 20 minut może przedłużyć się nawet do godziny (i więcej). Co jednak z tego, że zrobimy świetną postać, gdy poziom trudności będzie się wydawał nieuczciwy?

Do gry można wprowadzić własny avatar
Trudno zachować spokój, gdy na początku zabawy na poziomie Normal nasza postać pudłuje dziesiąty raz z rzędu. Przeskakujemy więc na Easy lub Story, ale to znowu sprawia, że gra zamienia się w spacerek i w walki wcale nie musimy ingerować. Wyzwanie wyzwaniem, ale autorzy powinni pozwolić graczom na poznanie taktyk przed rzucaniem ich na głęboką wodę. Sprawę nieco polepsza rozbudowany edytor poziomu trudności, dzięki czemu sami dostosowujemy go do swoich potrzeb.
Dalej mamy świetnie przygotowanych kompanów. To barwni bohaterowie o własnym zdaniu i unikalnej historii. Nieważne czy mówimy o ponurym kapłanie ględzącym wciąż o śmierci, nieumarłej inkwizytorce, eks paladynce czy goblińskim złodzieju. Każdy z nich to kreacja godna zapamiętania, co udało się osiągnąć także przez bardzo dobry voice acting.
Rozmowy z nimi i NPCami to perła tej gry. Szkoda, że w podobnie kreatywny sposób Owlcat nie poradziło sobie z podróżami. Mapa świata jest ogromna, ale wędrująca po niej drużyna dość szybko się męczy, więc wycieczki wiecznie przerywają nam odpoczynki. Nie wszystkie lokacje zostały także przygotowane z odpowiednim rozmachem, część z nich nic sobą nie reprezentuje i stanowi idealny przykład placeholdera. Zdaje się, że twórcom nieco zabrakło czasu na dopieszczenie produktu.

Mało czytelny jest dziennik, jedna z podstawowych rzeczy w grach RPG. Zdecydowanie pełni rolę kiepskiego podpowiadacza i chyba lepiej bym wyszedł spisując wszystkie ważne informacje samemu, wzorem niezależnego Serpent in the Staglands.
Podsumowanie
Pathfinder: Kingmaker zdecydowanie ma zadatki na świetnego RPGa, ale grze brakuje nieco szlifu. Widać, że autorzy mogą poszczycić się wyobraźnią, a to najważniejsze, choć przed nimi wiele pracy. Oby w aktualizacjach i DLC postanowili zostawić na grze większy ślad i nadać jej własnego charakteru. Na ten moment nieco za bardzo przypomina ona inne pozycje, zamiast spróbować pójść własną drogą.
Żałuję także, że Pathfinder nie otrzymał polskiej wersji. W grze spotykamy się z lawinami tekstu, ciężko trudnego i mocno opartego na papierowym pierwowzorze. Już sama kreacja postaci stanowić może wyzwanie dla osób mniej biegłych w języku Szekspira.
Kopię gry do recenzji dostarczył Techland - jej polski wydawca. Recenzja napisana w oparciu o wersję na PC.



