Zombiaki!
Recenzja gry DeadlightThe Walking Dead
Gry platformowe przeżywają ostatnimi czasy swój renesans. Powstaje coraz więcej produkcji godnych zainteresowania, skutecznie odświeżających ten gatunek, jak np. Limbo czy Rayman Origins. Losy Deadlight śledziłem od pierwszych zapowiedzi, po cichu licząc, że jednak zawita na komputery osobiste. Z drobnym poślizgiem gra faktycznie została przeniesiona z konsol, nie tracąc przy tym nic ze swojej atrakcyjności. Nie stwierdziłem większych problemów z sterowaniem, choć oczywiście najwięcej przyjemności czerpie się w trakcie korzystania z pada. Klawiatura jednak również nie nastręczała mi większych kłopotów. Trudność leży bowiem zupełnie gdzie indziej, gdyż wymagająca jest sama gra. Musiałem się mocno napocić, by dobrnąć do końca i przebić się przez hordy umarlaków. Właśnie! ZOMBIE! Przejdźmy do tego co najważniejsze!
Braaain... Braaain...
Historia toczy się w zniszczonym Seattle w latach 80. i przedstawia alternatywną wizję Stanów Zjednoczonych z nieumarłymi szlajającymi się po ulicach. W tym świecie radzić musi sobie Randall Wayne, który za wszelką cenę pragnie odnaleźć swoją rodzinę. Nie będę zagłębiał się w fabułę, bo choć wydaje się ona sztampowa (ot, kolejny ojciec ratujący bliskich), to jednak wciąga i jest nieprzewidywalna. Po prostu warto odkryć ją samemu.

Deadlight utrzymany jest w mrocznym klimacie.
Jak na platformówkę przystało, wiele czasu spędzimy skacząc, wspinając się czy wisząc. Utrudnieniem w tych działaniach są oczywiście kręcące się wszędzie zombie, które poruszają się całkiem żwawo i nawet pojedynczo mogą stanowić duże zagrożenie, nie wspominając już o ich grupach. To zresztą bardzo dobrze! Właśnie tak wyobrażam sobie walkę z nieumarłymi. Jako nierówną, ciężką, jako coś, czego lepiej unikać - zupełną ostateczność. Wayne jest niezłym akrobatą, ale już pojedynki nie przychodzą mu tak łatwo. Pierwszą bronią jaka trafia nam w ręce jest toporek strażacki. Siekiera nie jest jednak zbyt skuteczna, bowiem żeby zabić nieumarłego trzeba go najpierw powalić, a każde silniejsze uderzenie pożera kondycję bohatera. Broń ta może jednak służyć także do zwykłego odpychania wrogów czy niszczenia kłódek blokujących drzwi. Sytuacja zmienia się nieco, gdy znajdujemy rewolwer - jeden pocisk w głowę i po sprawie. Niestety musimy oszczędzać amunicję. Ciekawą opcją jest również Taunt, czyli zwrócenie uwagi wrogów tak, by ruszyli w naszą stronę. Dzięki temu mogą spaść z jakiejś platformy lub zwyczajnie odejść od miejsca, które nas interesuje. Teraz połączmy to wszystko w całość. Akrobatyka, walka, szybkie myślenie i jeszcze szybsze wciskanie przycisków. Wszystko to przy ciekawiej fabule i przykuwającej oko grafice.

Obrazy wykonane zostały fenomenalnie.
Oprawa bardzo przypadła mi do gustu. Postacie są ciemne, jakby wyrwane z kart komiksu, zaś krajobrazy szare, brzydkie - ukazują mroczną stronę Seattle, świat po apokalipsie. Buduje to atmosferę zapadającą w pamięć. Scenki między misjami zostały zastąpione przez genialnie wykonane obrazy ukazujące fabułę. Zrobione z dbałością, nadają tytułowi artystyczną otoczkę. Głosy postaci zostały dobrze dobrane, a aktorzy postarali się, by żadna z nich nie brzmiała drętwo. Udźwiękowienie ogólnie wypada nieźle, komponuje się z otoczką wizualną z godną pochwały łatwością. Dzięki temu udało się zbudować naprawdę dobry klimat.
Dead and gone

Walka z nieumarłymi nie jest najprostsza.
Deadlight jest wciągające, ale przy tym trudne, czasem frustrujące, a momentami wręcz odstraszające. Kilka razy nie wytrzymałem i musiałem poczekać, aż znowu wróci mi entuzjazm do gry. Autorzy byli na świetnej drodze do stworzenia unikatowego dzieła, ale wygląda na to, że w połowie zabrakło im już zapału lub inwencji. Nie spodobał mi się etap rozgrywający się w kanałach, po których biegamy uzbrojeni w… procę! Wizje Randalla mogły zostać bardziej dopracowane, tak jak i cały „wątek rodzinny”. We wspomnieniach bohatera brakuje interaktywności - praktycznie w nich nie uczestniczymy, a na tym zdecydowanie tytuł traci. Niestety, gra jest również dosyć krótka/ Próżno też szukać tu bardziej skomplikowanych łamigłówek, głównie wyłączamy prąd, przesuwamy skrzynie i pozbywamy się wody z zalanych terenów. To sprawia, że Deadlight nie jest grą wybitną, a jedynie solidną, zdecydowanie wartą polecenia. Nie jest to jednak pozycja typu casual i lepiej żeby trafiła w ręce kogoś, kto ma dość cierpliwości i nie zraża się częstymi zgonami, a także lubi wyzwania, bo tych w dziele tym jest naprawdę dużo.

