Persjo, nadchodzę!
Recenzja gry GarshaspWidowiskowy hack'n'slash...
Spójrzcie na swój kalendarz. I na mój. Na swój. Na mój. Na szczęście nie jest taki jak mój, bo najwyraźniej przeniosłem się w czasie i wylądowałem w przeszłości. Dodam, że w złym miejscu i naprawdę złym czasie. Nie miałem wobec Garshasp wysokich wymagań, wystarczyłoby mi, gdyby model walki dawał chociaż połowę przyjemności jaką miałem, gdy wcielałem się w Kaina/Raziela w Legacy of Kain: Defiance. By przedstawienie perskiej mitologii było tak wciągające jak w Rune, w którym twórcy pokazali skandynawskie wierzenia. Tamte gry mają już swoje lata, a jednak fabułą i grywalnością biją Garshaspa niczym bezbronne dziecko. Knock out i to w pierwszej rundzie. Szukam plusów i mimo wszystko je znajduję, choć gdy zerkam na pudełko i czytam co gra rzekomo zawiera, na mojej twarzy mimowolnie pojawia się uśmiech. Nie ma co przedłużać, przejdźmy dalej.
Mitologia perska! Czy coś tam...

Bohater w akcji
Fabuła jakaś jest, to fakt, lecz przez całą grę miałem wrażenie, że stanowi ona słaby pretekst do zwiedzania kolejnych lokacji i zarzynania wrogów. Garshaspa, tytułowego bohatera, narrator przedstawia nam jako wybitnego wojownika, którego przeznaczeniem jest (jakżeby inaczej) walka ze złem. W tym odwiecznym pojedynku odegra on znacząco rolę, choć jeszcze nie jest tego świadom. Intrygujące… Jego historia rozpoczyna się, gdy jeden z przywódców armii ciemności, niejaki Hitasp, postanawia najechać wioskę Siavoshgard. Pech chciał, że jedną z jego ofiar był brat głównego bohatera, nic więc dziwnego, że postanowił on dokonać zemsty. Tutaj właściwie kończy się fabuła. Następuje niezbyt długa podróż Garshaspa, w której przemierza on Siavoshgard i pustynne tereny, zarośnięte bagna i pradawne budowle. Jeśli jednak mam być szczery to w ogóle nie poczułem atmosfery starożytnej Persji, równie dobrze można by zmienić imię herosa i przenieść go w zupełnie inne miejsce, pewnie i tak nie zauważyłbym różnicy. Taka jest niestety prawda. Wszyscy łaknący jakichś ciekawych informacji na temat Persji powinni raczej szukać szczęścia gdzie indziej. Narrator stara się co prawda wprowadzić nas jakoś w realia świata, ale jego sucha i nudna gadka nie jest ani trochę przekonująca.
Przeciwnicy? Oj tam, oj tam...
Zostawmy jednak fabułę, jest to wyjątkowo istotna rzecz co prawda, ale niekiedy gry potrafią się wybronić nie nią, lecz ciekawymi pomysłami. Niestety, Garshasp nie zdołał tego zrobić. Zacznę od walk, gdyż to one są głównym elementem gry. Garshasp jest w stanie zadać lekkie lub mocne ciosy oraz łączyć je w kombinacje. Z czasem uczy się on kolejnych, skuteczniejszych uderzeń, w tym również ataków specjalnych. Przydatny okazuje się również blok, który zaskakuje wręcz swoją skutecznością. Do tego pakietu dochodzi również chwyt, który umożliwia szybkie pokonanie wroga. Słabszych przeciwników można w ten sposób pokonać od razu, tych silniejszych musimy wcześniej trochę poobijać by następnie zaliczyć krótkie QTE przed krwawym zakończeniem ich marnego życia. Przydaje się również szybki unik, pozwalający uciec przeciwnikom, gdy zacznie się robić zbyt gorąco. Nie trudno dostrzec, że i w tym aspekcie Garshasp nie oferuje niczego nowego. Przeciwnicy nie porywają ani swoją inteligencją ani też różnorodnością. Informacja o hordach przeciwników również jest błędna. Grupka, gromadka – ok, ale horda? To złe słowo. Bossowie? Też nic ciekawego… Dopiero ostatni z nich może uchodzić za wyzwanie. Może, ale wcale nie musi. Nie samą walką jednak Garshasp żyje. Zdarzają się również etapy, w których musi wykazać się zdolnością akrobatyki. Tutaj jednak też niestety daleko mu do bohatera Prince of Persia. Jest w stanie skakać (nawet podwójnie!), poruszać się po gzymsach i zjeżdżać po ścianie za pomocą noża. Ostatnia z umiejętności mogłaby wyglądać lepiej, jednak twórcy nie pomyśleli o tym, by ją dopracować. Wreszcie czas na zagadki logiczne, które również rzekomo się pojawiają. Cóż, konia z rzędem dla tego, który znajdzie choćby jedną taką. Rzeczywistość jest bowiem bardzo brutalna. Zagadki ograniczają się do przesunięcia lub pociągnięcia drążka/dźwigni.
I po co ta wycieczka?

Garshasp potrafi się wspinać
Lokacje, choć nieco nudnawe, nie zostały wykonane źle. Razi jednak ich powtarzalność, brak elementów, które w jakiś sposób mogłyby je wyróżniać. Być może też napotykane przez nas rzeźby faktycznie są wzorowane na tych prawdziwych, ale co z tego? Nie rzucają się w oczy, nie zapadają w pamięć, nic nie znaczą. Aż dziw, że ktokolwiek mógł w jakiś sposób skojarzyć tę grę z takimi hitami, jak Prince of Persia, God of War czy Diablo. Oby nikt nie dał się na to nabrać… Potencjał był naprawdę spory, czasami jednak nie wystarczy jedynie powielić elementów znanych z innych gier i wrzucić ich do jednego worka z perską mitologią, to po prostu za mało.
Koniec? Uff...

Uwaga! Przed Garshaspem jedna z zagadek
Na szczęście Garshasp szybko się kończy, chyba tylko dzięki temu udało mi się go przejść, gdyż próby zapisania kończyły się u mnie zawieszeniem gry. Nie porwało mnie dosłownie nic, ani fabuła, ani walka, ani muzyka, ani grafika. Nie wiem też w sumie po co gra została przetłumaczona, rozumiem menu, ale czy ktoś naprawdę słuchał tego narratora? Mocno się zawiodłem, ale… mimo wszystko Garshasp nie jest aż taki zły. Tania podróbka God of War pozwala się jakoś wyżyć. Nawet jeśli swym poziomem nie może konkurować choćby ze starszymi grami, to jednak można zasiąść przy niej na te 10-15 minut i stanąć naprzeciw „hordy”. Pytanie tylko brzmi: czy opłaca się wydawać pieniądze na Garshasp, jeśli nawet produkcje sprzed kilku lat mogą nam dać o wiele więcej frajdy?

