Piranha Bytes w formie
Recenzja gry RisenI GOTTA FEELING - czyli tytułem wstępu
Zastanawiałem się jak rozpocząć recenzję dzieła Piranha Bytes i chyba najprościej byłoby powiedzieć, że jest to po prostu stary dobry Gothic ubrany w nowe wdzianko. Skłamałbym, gdybym rzekł, że się tego nie spodziewałem, jednak z drugiej strony liczyłem też na pewne innowacje. Spece Piranha Bytes obiecywali dużo. Niemcy mieli powrócić do korzeni, zebrać wszystko co najlepsze z ich poprzedniego dzieła, stworzyć przekonującą fabułę i pełen życia świat. Innymi słowy miał to być nowy, lepszy Gothic. Pod wieloma względami sztuka ta im się udała, gdyby tylko przy okazji nie powtórzyli również dawnych błędów…
LET'S GET IT STARTED - o fabule słów kilka
Bohatera poznajemy w dość tragicznych okolicznościach - jest on pasażerem na gapę na statku, którym płynie jeden z inkwizytorów. Po dość dramatycznej walce rejs zostaje przerwany. Statek rozpada się na części, a nasz heros, przemęczony i ledwo żywy, ląduje na plaży jakiejś nieznanej mu wyspy. Pierwsze minuty poświęcamy na sprawdzenie czy ktokolwiek oprócz nas przeżył oraz znalezienie sobie jakiejś broni, która da nam minimalne szanse na przeżycie na tym niegościnnym terenie. Niedługo później zapoznajemy się już z sytuacją polityczną na wyspie. Okazuje się, że jedyne miasto zostało zajęte przez inkwizytora, który nie tylko przejął w nim władzę, lecz również zamknął jego bramy i zabronił kogokolwiek wypuszczać. W dodatku każda osoba znaleziona poza jego murami zostaje przymusowo zwerbowana, a według lokalnych plotek, na wolność wydostaje się dopiero, gdy na dobre uwierzy w słuszność prawa (czyt. Namieszają mu w głowie! - losowy bandyta). Takie rozkazy zostały wydane przez inkwizytora Mendozę. Oczywiście lokalna ludność nie zamierzała tak po prostu poddać się nowej władzy, szczególnie, iż na ich czele stanął Don Esteban. Niegdyś wielka szycha, a obecnie przywódca bandytów - rebeliantów, zbiera fundusze, które mają umożliwić mu powrót do miasta. Kierowani przez niego ludzie ukrywają się w obozie na bagnie, czekając na dogodny moment do ataku. Ostatnim ugrupowaniem są magowie, którzy teoretycznie znajdują się pod nadzorem inkwizycji, jednak w praktyce starają się zachować pewną autonomię. Cały konflikt rozgrywa się akurat w momencie, gdy na wyspie znikąd pojawiają się pradawne ruiny pełne skarbów bronionych przez niebezpieczne potwory oraz pułapki. Wszystkie strony są mocno nimi zainteresowane, choć z różnych powodów, o których jednak nie wspomnę, by nie zepsuć wam zabawy. Wzorem wcześniejszych gier Piranha Bytes, tutaj również dość szybko przyjdzie nam zdecydować po której stronie się opowiemy, a wybór ten będzie miał znaczący wpływ na dalszy rozwój wypadków. Warto więc będzie wrócić jeszcze do Risena i sprawdzić jak potoczyłyby się losy, gdybyśmy podjęli inne decyzje. Szczególnie grając po raz pierwszy możemy mieć wątpliwości, bowiem wszystkie strony mają po części rację, lecz można również kierować pod ich adresem wiele zarzutów. To jednak sprawia, że jest naprawdę ciekawie.

Tu na razie jest ściernisko...
Fabuła jest wciągająca, trzyma w napięciu, choć nie jest zbyt innowacyjna i zaskakująca. Fani Gothica szybko przypomną sobie, jak biegali po całym świecie zbierając kamienie ogniskujące. W Risenie bowiem również sporo się nachodzimy i zwiedzimy wiele grobowców, poszukując kolejnych istotnych dla fabuły przedmiotów. Wrażenia odnośnie wątku głównego mam dobre, zaciekawiła mnie intryga, do gustu przypadły wydarzenia oraz postacie w nich występujące. Wydaje mi się jednak nieco zbyt krótka. Jeśli zaś chodzi o questy poboczne to do nich również nie mam większych zastrzeżeń. W pamięć zapadła mi szczególnie jedna misja, kiedy miałem przekonać jednego ze sklepikarzy by zaczął płacić haracz. Zwykłe groźby nie skutkowały, więc odnalazłem jego najdroższą krowę, a następnie… cóż, nocą wkradłem się do jego mieszkania i podrzuciłem mu do łóżka czaszkę zwierzątka. Było to dość makabryczne, ale mi to rozwiązanie od razu skojarzyło się z Ojcem Chrzestnym i taki smaczek bardzo przypadł mi do gustu. Mam jednak wrażenie, że zarówno questy główne, jak i poboczne mogłyby zostać jeszcze rozbudowane. Wydaje mi się, że potencjał panowie z Piranha Bytes mieli większy. Powiedzieć jednak, że go zmarnowali, byłoby ogromnym nadużyciem. Bardzo dobrze został za to przygotowany dziennik, który odnotowuje nie tylko zadania, ale również powiązane z nimi rozmowy, a także zaznacza na mapie punkty, które musimy odwiedzić.
ROCK THAT BODY - Bezimienny Bezimiennemu (nie) równy
Teraz parę zdań na temat samego głównego bohatera. Znów kierujemy poczynaniami anonimowego chłopka (Bezimienny II?), który jak dla mnie wygląda niczym jeden z mieszkańców więzienia lub stały bywalec tawerny. Nie wszystkim się on spodobał, jednak moim zdaniem całkiem nieźle wpisuje się on w nadmorski klimat opowieści, w którym nie brak piratów, rynsztoków, twardych utarczek na słowa i krwawych pojedynków.
Rozwój bohatera nie zaskakuje, umiejętności są typowe, a ich ulepszanie następuje dzięki nauczycielom, punktom umiejętności oraz oczywiście funduszom. Do podstawowych atrybutów należą Siła, Zręczność oraz Mana. Jest również Mądrość, którą jednak zwiększamy tylko za pomocą kamiennych tabliczek oraz pulpitów z księgami. Szereg samych umiejętności jest prosty do przyswojenia. Dzieli się m.in. na czysto bojowe (walka mieczem, łucznictwo , magia kryształów), złodziejskie czy też związane z wytwarzaniem przedmiotów (kowalstwo, alchemia, tworzenie zwojów). Szczególnie własne wyroby mogą się niekiedy okazać bardzo przydatne - nowy miecz, pierścień +5 do zręczności czy mikstura na stałe zwiększająca jeden ze współczynników to rzeczy, obok których nie powinniśmy przechodzić obojętnie.
Początkowo unikamy otwartych stać - naszemu herosowi daleko do Herkulesa. Zwykły sęp czy wilk może się okazać ciężkim przeciwnikiem. Szczególnie, że walka nie jest prosta - tępe klikanie myszką na nic się nie zda. Ważne są nie tylko umiejętności postaci czy wyposażenie, ale przede wszystkim nasza własna zdolność przewidywania oraz szybkie palce. Wykorzystujemy więc fortele, znajdujemy dogodne lokacje i ostrzeliwujemy przeciwników z odległości, myślimy taktycznie. Szkoda tylko, że magia nie została zbyt rozbudowana. Poza tym zanim ją zgłębimy i tak musimy poświęcić sporo czasu na walkę w zwarciu, podobnie jest zresztą z broniami dystansowymi.
WHERE IS THE LOVE? - Wielki, mały świat
Świat, w jakim lądujemy jest urzekający. Zdarzały się momenty, gdy po prostu przystawałem w jakimś miejscu i przez kilka chwil wpatrywałem się w widoki. Muszę przyznać, że otoczenie, panujące warunki atmosferyczne oraz odgłosy pobliskich zwierząt potrafią budować klimat. Pamiętam, gdy ledwo zipiąc opuszczałem jedną z ciemnych świątyń. Widok wysoko zawieszonego słońca i zieleni robił wtedy jeszcze większe wrażenie. W porównaniu do Gothica 3 świat Risena jest dużo mniejszy - przy pierwszym rzucie okiem na mapę, oferowana przestrzeń wydawała mi się spora. Jest to jednak mylne wrażenie. Zwiedzenie całej wyspy nie zajęło mi zbyt wiele czasu. Niezbyt duży obszar wynagradzają jednak liczne zdarzenia, które mają na nim miejsce, ciekawie przygotowane lokacje i związane z nimi misje oraz kilometry podziemi pod nim się ciągnące. Z drugiej jednak strony w pewnym momencie miałem już po prostu dość kluczenia po świątyniach, a w ciągu gry zmuszeni jesteśmy do częstego w nich bywania.

Dzisiaj na obiad trochę powietrza!
Wirtualny świat tętni życiem, ktoś coś piłuje, gotuje, nowicjusze ćwiczą w klasztorze walkę kosturem, a robotnicy przenoszą skrzynie z towarem. Piranha Bytes już mnie do tego przyzwyczaiła i efekt ten zrobił na mnie mniejsze wrażenie, choć wciąż wart jest docenienia. Mamy tutaj nieco stereotypowych bandytów, aroganckich i skorych do bitki oraz spokojnych nowicjuszy stanowiących wzór cnót wszelakich. Skoro już mowa o NPCach to wspomnę jeszcze, że głosu dwóm najważniejszym szychom w grze użyczyli aktorzy znani z Władcy Pierścieni. W rolę Dona Estebana wcielił się John Rhys-Davies (Gimli), natomiast w Inkwizytora Mendozę - Andy Serkis (Gollum).
Wrogowie wychodzący nam naprzeciw są zróżnicowani. Mamy kilka odmian sępów, wilków, ciem - to one będą naszą zmorą na początku gry. Ich siła leży głównie w liczebności - wataha psowatych może nam napsuć sporo krwi. O ile jednak po zwierzaczkach nie spodziewałem się mocnej SI, o tyle już blokujący się między meblami miejscy żołnierze nie zrobili na mnie pozytywnego wrażenia. Z drugiej jednak strony nie mogę powiedzieć, że nie potrafili mnie zaskoczyć. Momentami mogli być na tyle zawzięci, by ścigać mnie nawet wtedy, gdy uciekałem po dachach pokazując przechodniom, jak uprawia się le parkour.
DON'T LIE - krytycznym okiem
Czas na nieco mniej przyjemną część recenzji - skupię się teraz na wadach Risena. Na pierwszy ogień pójdą kiepsko przygotowane animacje postaci. Momentami ruszają się one bardzo sztywno i nienaturalnie. Scenki, podczas których bohater z kimś rozmawia lub też przygotowuje jakiś wyrób również mnie nie powaliły, modele nie są tak dobre i przyciągające, jak plenery. Moją uwagę zwróciła szczególnie jedna rzecz. Mianowicie, gdy przy ognisku lub piecu przygotowywałem strawę na patelni, nic się nie pojawiało, więc tak naprawdę podsmażałem powietrze. Teoretycznie jest to jedynie błahostka, jednak wydaje mi się, że można było poświęcić trochę czasu na dopracowanie tego elementu. Kolejną sprawą są skoki. Po odbiciu się od ziemi nasz heros zaczyna w dziwny sposób opadać, jakby nagle włączyło się zwolnienie. Nie jest to może bullet time, jednak i tak pozostawia to pewien niesmak. Wreszcie stopień trudności - nie lubię gdy gra jest zbyt łatwa, ale klawisz szybkiego zapisu był jednym z najczęściej przeze mnie używanych. Każdy kto zasiądzie do Risena powinien najpierw poznać właśnie ten przycisk - to największy przyjaciel w tej grze. Wszystko dlatego, że drobne niepowodzenie, za późne wyprowadzenie ciosu, niezrobienie uniku czy bloku, może okazać się zgubne.
THE E.N.D. - Słów kilka na koniec
Ciężko było mi ocenić Risena, przyznam, że wahałem się między 80% a 90%. Wszystko przez pewne błędy, wpadki, momentami acrydemoniczny poziom trudności. Z drugiej jednak strony fabuła, żyjący świat, a przede wszystkim klimat stworzone zostały znakomicie. Mogłoby być lepiej, bo zawsze tak może być, ale jestem zdania, iż pod tym względem Piranha Bytes wywiązała się ze swoich słów. Stworzyli grę wyjątkową, widowiskową i wciągającą. Oceniam wysoko, optymistycznie patrząc w przyszłość i mając nadzieję, że jednak Niemcy z Piranha Bytes nie będą już powtarzać swoich błędów. Oby następna część Risena była na tyle dobra, bym nie miał już wątpliwości podczas podsumowania.


