napisał Krzysztof „Bebop” Kałuziński, 17 kwietnia 2015
Nie uważam się za wielkiego fana mitologii skandynawskiej, choć produkcje do niej nawiązujące nie raz gościły na ekranie mojego monitora. Nieważne czy to film „Trzynasty Wojownik” z Banderasem, serial „Vikings” czy gry pokroju Skyrim lub starsze Rune. Zawsze dawałem im pewny kredyt zaufania i nie inaczej było z The Banner Saga. Z tytułami z Kickstartera jest różnie - często gry sponsorowane przez graczy nie spełniają oczekiwań (niekiedy po prostu zbyt wygórowanych). Mimo to równie często osiągają sukcesy. Liczyłem, że The Banner Saga da mi możliwość pochwalenia zarówno twórców, jak i popularnego serwisu crowdfundingowego. Idealnie może nie jest, ale warto. Z wielu powodów.
Czasem przyjdzie nam też walczyć z ludźmi.
The Banner Saga opowiada historię dwóch karawan. Pierwsza z nich składa się z dużej liczby Varlów, czyli potężnie zbudowanych, rogatych olbrzymów, których siła jest nie do pogardzenia. Druga natomiast na początku składa się tylko z dwóch ludzi, łuczniczki Alette i jej ojca Rooka. Są ludźmi, więc początkowo starcia z wrogami stanowią dla nich większe wyzwanie. Obie karawany muszą mierzyć się z dredge, ciężko opancerzonymi przeciwnikami wyglądem nasuwającymi skojarzenia z wrogimi posągami z Gothic II: Noc Kruka. Nietrudno jest przewidzieć, że fabuła zmierza do połączenia obu grup, wcześniej czeka ich jednak wiele przygód i wymagających walk.Zdecydowanie trudniejsze, a zarazem i bardziej satysfakcjonujące jest kierowanie karawaną dowodzoną przez Rooka. Jest ona na etapie tworzenia, dołączają do niej z czasem kolejne osoby, dzięki czemu jej siła rośnie. Wiąże się to jednak ze wzrostem zapotrzebowania na racje żywnościowe. Kilka błędnych decyzji i głód zaczyna patrzeć nam w oczy, a nasi podopieczni umierają bądź decydują się odejść. Pojawiają się trudne wybory. Czy zaryzykować zjedzeniem nieznanego owocu czy też dalej głodować? Napotkanych ludzi ograbić czy przekonać do dołączenia się do karawany? Choć sama fabuła jest do bólu liniowa i wpływ na jej losy mamy tak naprawdę niewielki, decyzje wpływające na ogólny stan karawany są intrygujące i częściowo nam to rekompensują. Niestety The Banner Saga jest też produkcją raczej na jedno przejście, gdy podchodzimy do niej po raz kolejny znamy już niebezpieczeństwa i niewiele jest nas w stanie zaskoczyć.
Podróż trwa w najlepsze.
Warto wspomnieć, że magia w grze została ukazana jako talent niezwykle rzadki i bardzo potężny. Dość powiedzieć, że w ciągu całej naszej podróży napotykamy jedynie dwie postaci potrafiące z niej korzystać, z czego tylko jedna jest grywalna. Czyni to tę sztukę bardzo elitarną i mistyczną, nie ma tutaj sytuacji jak z typowego RPG fantasy, w którym czarodzieja możemy spotkać niemal na każdym kroku.Kiedy dochodzi do bitwy jesteśmy przenoszeni do specjalnych lokacji. Rozstawiamy swoich wojaków i tura po turze wykonujemy nimi ruchy. Standardowo wszystkie postaci opisane są dwoma parametrami oddającymi ich poziom opancerzenia oraz życia. Aby zranić masywnego Varla bądź przedstawiciela dredge najpierw musimy uszkodzić jego zbroję. Bez tego nie mamy co liczyć na zadanie większych obrażeń. Z ludźmi jest podobnie, choć łucznicy są z oczywistych powodów słabiej opancerzeni, potężniejsi wrogowie mogą zupełnie pominąć ten parametr i zadać ogromne obrażenia. Początkowo rasa ta wydaje się być słabsza, lecz jest to mylne wrażenie. Braki w atrybutach fizycznych nadrabia dużą mobilnością i wszechstronnością. Za przykład może posłużyć Rook, który moim zdaniem jest najlepszą dostępną dla gracza postacią. Znakomicie radzi sobie w walce wręcz za pomocą topora czy też na odległość dzięki łukowi i strzałom. Nie bez znaczenia jest również jego umiejętność specjalna „Mark of Prey”. Dzięki niej Rook może oznaczyć wroga zadając mu minimalne obrażenia, a wszyscy towarzysze zyskują darmowy atak jeśli tylko ten wróg jest w zasięgu. Taktyka potrafi być bardzo mordercza, szczególnie jeśli w drużynie mamy dwóch łuczników. Umiejętności specjalne są różne, niektóre pozwalają odepchnąć przeciwników, inne zaatakować wielu dzięki wywinięciu młynka mieczem.
Rozmowy są ważnym elementem gry.
Naszych podopiecznych możemy też rozwijać, maksymalnie do 5. poziomu. Dzięki temu rozwijać możemy szereg współczynników odpowiadających za siłę ataku czy wartość pancerza. Co ciekawe, bohaterowie otrzymują doświadczenie grupowo, więc nawet wojak, który przez jakiś czas nie brał udziału w bitwach może awansować. Jedynym ograniczeniem jest liczba pokonanych wrogów przez członka drużyny. Każdy poziom wymaga konkretnej ilości zgonów. Ekwipunek jest natomiast minimalny. Do tego każda postać może posiadać przedmiot, który dodaje różnego rodzaju bonusy.Kiedy dochodzi do rozmów The Banner Saga zamienia się niemal w Visual Novel. Bohaterowie są bardzo wygadani, momentami więcej tu dialogów niż walki. Dla żądnych akcji graczy przebicie się przez ściany tekstów zapewne zakończy się na etapie „przeklikiwania”, ale fani mocno osadzonych w uniwersum postaci powinni być zadowoleni. Liczne konwersacje budują klimat, ciekawie ukazują relacje między postaciami, a także problemy całej karawany.Grafikę określiłbym jako minimalistyczną - przez większą część gry przyglądamy się miniaturkowym ludzikom wędrującym jak lemmingi w prawo lub w lewo. Lepiej wyglądają, gdy dochodzi do walki. Rysunkowi bohaterowie cieszą oko, z gracją poruszają się planszach i wykonują ciosy. Od czasu do czasu twórcy raczą nas też obrazkami przedstawiającymi większe zgromadzenia. Ich wykonanie jest wysokiej klasy, ale niestety nieczęsto mamy okazje je podziwiać.
Varlowie robią wrażenie.
Teraz czas na mniej przyjemną część, czyli wady produkcji. Jak wspomniałem wcześniej, The Banner Saga jest grą na raz. Nawet jeśli gameplay skusi graczy do ponownej zabawy, to ani rozgrywka ani fabuła nie będą już smakowały tak dobrze. Szkoda też, że idzie to w parze z długością produkcji, którą ta niestety nie imponuje. Brak też wątków pobocznych, z czasem też nieco wtórne stają się walki. Szkoda, że nie mamy większego wpływu na ekwipunek postaci.The Banner Saga to gra krótka, ale przyznam, że wolę tytuł krótszy, acz ciekawszy. To właśnie dała mi ta gra - pełnokrwistą fabułę i ciekawych bohaterów, a do tego jeszcze miłą dla oka grafikę. Wymagające potrafią być walki, szczególnie na wyższym poziomie trudności. W czasach, gdy wszystko jest graczom ułatwiane, jest to miła odmiana. Fani turówek nie powinni być zawiedzeni, bo jest to zabawa w klasycznym wydaniu. Trochę walki, trochę taktyki i motyw drogi wrzucone do jednego kotła z visual novel okazują się zaskakująco dobrą mieszanką. Zdecydowanie polecam.