Sam Fisher znowu w akcji
Recenzja gry Tom Clancy's Splinter Cell: BlacklistAmeryka potrzebuje bohaterów
Sam Fisher nigdy nie odpoczywa - tym razem pani prezydent stawia go na czele IV Eszelonu. Pierwsze zadanie tej specjalnej grupy nie należy do najprostszych, bowiem należy pokrzyżować szyki Inżynierom – terrorystom planującym liczne ataki na Stany Zjednoczone. Oczywiście już Fishera w tym głowa, by ich powstrzymać - nie jest jednak w tym zadaniu osamotniony. Wspomoże go znana z poprzednich części Grim, agent Isaac Briggs oraz spec od komputerów i nowinek technicznych - Charlie Cole. Do ich dyspozycji oddany został supernowoczesny samolot Paladyn, który pełni rolę mobilnej bazy IV Eszelonu. Wracając do Sama, ma on również prywatny powód walki z terrorystami, bowiem sam ledwie uchodzi z życiem z pierwszego zamachu, zaś jego przyjaciel odnosi ciężkie rany.

Biegnij Fisher, biegnij!
Fabuła stara się iść na kompromisy, podobnie jak kwestia modelu rozgrywki. Z jednej strony mamy tu więc typowe political fiction niczym z „Pandora Tommorow” czy „Chaos Theory”, z drugiej zaś wątki osobiste jak w „Conviction”. Zdecydowanie jestem fanem tych pierwszych i do szczęścia wystarczyliby mi podli terroryści, ale co kto lubi.
Stary człowiek i może
Fisherowi kondycji mógłby pozazdrościć niejeden dwudziestolatek. Sam wspina się, skacze, zwisa na rękach i biega drwiąc sobie z upływu czasu, a przecież na karku ma już ponad pół wieku! Rozwiązanie nieco naciągane jak na mój gust. Splinter Cell słynął zawsze z realizmu, cechował się sporym poziomem trudności – obecnie twórcy starają się zachować jedynie pewne pozory dawnych cech. Widać, że próbują przyciągnąć nowych graczy kosztem elementów skradankowych, które częściowo zastąpione są przez czystą akcję. Zabawa dzięki temu nabiera tempa, ale charakter dawnych odsłon zanika, a przecież ciche przekradanie się to wizytówka serii.

Nie mogło zabraknąć noktowizora.
Sam polega oczywiście nie tylko na swoich kocich ruchach, lecz także na sprzęcie dodatkowym. Kusza ze strzałkami obezwładniającymi, drony umożliwiające zwiad czy wabiki przyciągające uwagę wrogów. W bezpośredniej walce niewielu może równać się Fisherowi, w kilka chwil jest on w stanie pozbyć się wroga. Cicha eliminacja ułatwia grę, tym bardziej, iż pozwala korzystać z systemu Mark & Execute. Dzięki rozwiązaniu znanemu z „Conviction”, za pomocą kilku kliknięć oznaczamy wrogów by następnie błyskawicznie zlikwidować ich celnymi strzałami. Wygląda to efektownie, bo akcja na moment zwalnia, a jest przy tym szalenie efektywne, bo pozwala pozbawić życia nawet kilku wrogów na raz.

Sławne Guantanamo
Lokacje są różnorodne - mamy przyjemność gościć w krajach arabskich, miejskiej dżungli, a nawet w popularnym amerykańskim więzieniu Guantanamo. Etap ten najbardziej zapadł mi w pamięć, bowiem jest to gratka dla miłośników klasycznego Sama Fishera. Brak możliwości zabijania, unikanie patroli, świateł reflektorów oraz węszących wszędzie szkolonych psów. Zdecydowanie zabawa w Guantanamo to jedna z najciekawszych misji.
A jak trzyma się serce?
Strona audiowizualna stoi na solidnym poziomie, a sama gra potrafi działać także na słabszym sprzęcie, czego dowodem jest mój wysłużony, paroletni laptop. Sam przeszedł face lifting, którego pozazdrościłby mu niejeden gwiazdor filmowy i choć do Krzysia Ibisza jeszcze mu daleko, stanowczo nie wygląda na swój wiek. Pisałem o tym już w Pierwszych wrażeniach i napiszę znów, Sam wygląda za młodo! Rozumiem, że jest w formie, tego wymaga konwencja, ale już odmładzanie na siłę wydaje mi się co najmniej chybionym pomysłem. Jeśli zaś chodzi o głos Fishera to pomimo zmiany aktora nie odczułem większej różnicy. Widać, że następca poświęcił nieco czasu na przygotowanie się do roli. Muzyka też wypada solidnie, jest za co chwalić twórców gry pod tym względem.
Koniec raportu

Czasami otrzymujemy też misje poboczne.
Kolejna przygoda z Samem Fisherem zakończona! Choć czuję lekki niedosyt to jednak jestem zadowolony. Po „Conviction” seria zaczyna wracać na właściwe tory, robi to powoli, ale fakt ten trzeba docenić. Dobrze, że twórcy przypomnieli sobie o skradankowym charakterze, nawet jeśli wciąż mamy do czynienia z przewagą akcji. Fabularnie jest w porządku, graficznie też. Choć spodziewałem się czegoś więcej, to i tak przyznaję, iż jest to pozycja ciekawa i przede wszystkim udana. Oprócz wątku fabularnego jest jeszcze bardzo dobre multi, a misje IV Eszelonu możemy też rozgrywać w co-opie, co znacznie wydłuża rozgrywkę i zwiększa zabawę. Sam Fisher wrócił i nie ma się czego wstydzić. Miejmy nadzieję, że kolejne części będą jeszcze lepsze.



