Zombi w Afryce
Recenzja gry Resident Evil 5Sheva: Welcome to Africa.
Na początek zacznę od fabuły, w Resident Evil 5 głównym protagonistą jest Chris Redfield, członek B.S.A.A. (Bioterrorism Security Assessment Alliance), ten sam, który był partnerem Jill Valentine za czasów służby w S.T.A.R.S.. Tym razem zostaje on wysłany do fikcyjnej strefy w Afryce, gdzie ma za zadanie odnaleźć niejakiego Irvinga, który jest handlarzem bioorganiczną bronią. Nie jest on jednak skazany na samotną walkę. Pomóc w jego zadaniu ma lokalna agentka Sheva Alomar, o której nie omieszkam jeszcze wspomnieć. Oboje mają co prawda być jedynie wsparciem dla drużyny Alpha, ale sytuacja już po kilku minutach wymyka się spod kontroli i rozpoczyna się zażarta walka o życie oraz próba wyeliminowania zagrożenia. Łatwo nie będzie, bowiem naprzeciwko agentów stają majini, ludzie kontrolowani przez Las Plagas, dobrze znany wszystkim tym, którzy grali w Resident Evil 4. Warto tutaj dodać, iż cała historia rozgrywa się w roku 2008, a więc od zniszczenia pamiętnego Raccoon City minęła już dekada. Więcej zdradzał nie będę, nie chcę umieszczać tu spojlerów, które pozbawią was możliwości dokonania odkryć samemu.
Pojedynczy majini na początkowych etapach nie sprawiają problemu, gdy jednak zaczynają atakować w grupach, niełatwo jest opanować emocje i celnie strzelać. Jest to o tyle ważna kwestia, iż amunicji jest jak na lekarstwo i choć wypada ona z pokonanych wrogów, nie zawsze mamy czas lub możliwość by ją podnieść. Na pierwszy poważny atak nie musiałem długo czekać, doskonale go pamiętam, gdyż zaskoczony byłem nagłym przyspieszeniem akcji. W pewnym momencie Chris oraz Sheva stają się celami ogromnej fali przeciwników. Bohaterowie odgrodzeni byli od wrogów solidną bramą. Majini próbowali wspiąć się na mur i przeskoczyć na stronę agentów, ale w tym momencie stawali się łatwymi celami. Tutaj jednak od razu ujawnia się ważna cecha tej gry- jeśli chcesz skutecznie radzić sobie w walce, twoja taktyka musi być elastyczna. Kiedy tylko uwierzyłem, że mam przewagę, bramę przekroczył twardziel, który jednym ciosem zdolny był powalić bohaterów na łopatki. Takich sytuacji w grze jest bez liku i choć moim zdaniem nie są one aż tak straszne, by śnić mi się po nocach, to mimo wszystko muszę stwierdzić, że potrafią podnieść adrenalinę. Jeśli w dodatku (jak ja) odpalisz grę w nocy, przy zgaszonym świetle i ze słuchawkami na uszach, wraz z bohaterami wkroczysz do ciemnego pokoju pełnego krwi, na ziemi ujrzysz brutalnie potraktowane ciała, a w tle usłyszysz jeszcze akompaniament świetnie dobranej muzyki… cóż, spróbuj nie podskoczyć, gdy nagle wyskoczy na ciebie facet z piłą spalinową :). Twórcy zadbali o to by nie znudziły się nam te elementy i dodali do swojego dzieła przerywniki urozmaicające całą zabawę. Warto tutaj wspomnieć chociażby o wielkiej, emocjonującej strzelaninie jaką toczymy uciekając samochodem przed ścigającymi nas przeciwnikami, czy też o obronie statku przed potworem morskim. Są to fragmenty, które trzeba zobaczyć na własne oczy.
Sheva: A chainsaw!? Things are bad enough as they are!
Teraz przyjrzyjmy się bohaterom Resident Evil 5. Chris i Sheva różnią się nieco od siebie swoimi umiejętnościami i niekiedy dochodzi do momentów, gdy tylko jedno z nich jest w stanie się gdzieś dostać. Często jesteśmy więc zmuszeni podsadzać ponętną Alomar lub wspólnie radzić sobie z przeszkodami. Wzajemna asekuracja jest istotnym elementem Resident Evil 5; nasz partner nie tylko wymienia się z nami swoim ekwipunkiem czy używa sprayów leczących, ale również w ciężkich momentach stawia na nogi, gdy postać dogorywa po potężnym ataku lub właśnie trafiła w łapska jakiegoś wroga. Trzeba przyznać, iż Sheva została obdarzona całkiem niezłą sztuczną inteligencją. Nie raz zdarza się jej oczywiście wpadać w kłopoty i trzeba pilnować również jej, ale mimo wszystko nie jest dla nas ciężarem, a rzeczywistym wsparciem. Wspomniałem wcześniej o tym, że w Resident Evil 5 należy oszczędzać amunicję. Jak zwykle jednak twórcy zadbali o to, by móc sobie radzić nawet przy bardzo marnych jej ilościach. Bohaterowie przyparci do muru mogą bowiem walczyć w wręcz, lecz o ile siekanie ostrzem nie jest aż tak skuteczne, o tyle już kombinacje strzelania i ciosów bohaterów dają bardzo dobry efekt. Jeżeli celnym strzałem wytrącimy naszego wroga z równowagi, będziemy mogli posłać go na deski efektownym ciosem sierpowym lub podbródkowym, a w przypadku Shevy również kopniakiem; zdeptanie głowy butem to już czysta formalność. Umiejętne stosowanie tej taktyki pozwala nie tylko zaoszczędzić amunicję, lecz również zadać większe obrażenia. Bardzo istotną rolę odgrywa odpowiednie wykorzystanie otoczenia - czasem zwyczajne wyskoczenie przez okno czy wdrapanie się na wyższe piętro po drabinie (a następnie zrzucenie jej), może ułatwić nam walkę i kupić kilka cennych sekund. Warto o tym pamiętać. Skoro już mowa o ruchach, to zapewne dla wielu wadą będzie to, że kierowany przez nas bohater nie może jednocześnie ruszać się i strzelać, choć z drugiej strony jest to akurat rozwiązanie charakterystyczne dla serii i chyba nikogo nie powinno dziwić.

Skoro już mowa o walce i amunicji, wypadałoby również powiedzieć co nieco na temat sprzętu, jaki wpadnie nam w łapki podczas gry. Podstawową bronią dobrą na początek jest pistolet, z czasem nasi bohaterowie będą mogli wymienić go na lepszy egzemplarz. Pojawi się zarówno popularny SIG jak i H&K. To jednak dopiero wstęp do sprzętów większego kalibru. Przetestujemy również kilka rodzajów strzelb, pistoletów i karabinów maszynowych. Znajdzie się nawet coś dla snajpera (Dragunov! :)) czy entuzjasty potężnego granatnika, a przecież w kolejce czekają jeszcze miny i wiele innych morderczych przedmiotów. Na dobraniu uzbrojenia wedle naszych preferencji zabawa się nie kończy. Jeśli bowiem dysponujemy funduszami, możemy wybrać również odpowiednią amunicję, a także rozbudować naszą broń. Po kilku upgrade’ach naprawdę widać różnicę, dlatego warto zainteresować się handlem rozsianymi po etapach świecidełkami.
Ekwipunek to jednak nie tylko narzędzia zagłady, ale również wszelkie przydatne przedmioty, dzięki którym możemy wydłużyć życie naszym postaciom. Są więc różnego koloru zioła, która odpowiednio połączone skutecznie mogą nas leczyć, podobnie jak spraye. Dobrym zakupem okazują się również kamizelki wzmacniające wytrzymałość. Tutaj na jaw wychodzi jednak wada gry - ekwipunek składa się z 9 kwadratów i często okazuje się, że operowanie nim zajmuję nam zbyt wiele czasu i może doprowadzić do szybkiego zgonu postaci, bowiem gra nie zatrzymuje się wtedy nawet na chwilkę. Z uwagi na brak możliwości zapisu w dowolnym miejscu, taka śmierć może mocno zdenerwować. Jest to oczywiście utrudnienie, lecz poniekąd rekompensuje nam to menu, które pojawia się po śmierci postaci. Pozwala ono dokonać zakupów i zabrać sprzęt ze schowka, nie czekając do końca etapu, co w niektórych momentach okazuje się bardzo ważne, szczególnie, gdy po kilku niewypałach zdecydujemy się zmienić diametralnie naszą taktykę.
Sheva: There's just no end to them!
Od strony technicznej dzieło firmy Capcom prezentuje się świetnie, modele postaci są szczegółowe, przyjemnie popatrzeć na ich mimikę twarzy i choć to Redfield jest weteranem, to ja doskonale zapamiętam panienkę Shevę, która wygląda po prostu kapitalnie. Przerywniki filmowe stoją na bardzo wysokim poziomie, o klimatycznej muzyce już wspominałem, ale dodam jeszcze, że osoby odpowiedzialne za dobór całej gamy dźwięków perfekcyjnie wywiązały się ze swego zadania. Jest także Havok, do którego nie mogłem mieć zastrzeżeń. Nie doświadczyłem żadnych rażących błędów w jego działaniu, a raczej zaimponowało mi jego dopracowanie.
Sheva: My God...
Wreszcie nadszedł czas na podsumowanie. Pewnie wiele osób uzna, iż grę nieco przesadnie wychwaliłem, ale uwierzcie mi, nie podchodziłem do niej jak do murowanego hitu. Myślałem, że Resident Evil 5 będzie przeciętny, pełen bugów i po kilku godzinach sprawi, iż po prostu rzucę go w kąt i nie wrócę już nigdy. Mimo wszystko przełamałem się, przez sentyment do starszych części i nie żałuję - podjąłem dobrą decyzję. Mocnym elementem jest fabuła i bohaterowie oraz ciekawe walki, a przecież w ręce graczy został jeszcze oddany tryb co-op, w którym wraz z towarzyszem możemy zmierzyć się z tajemnicami korporacji Umbrella. Po pierwszym przejściu odblokowujemy również bonusy, które zachęcają nas do ponownego zaczęcia historii, dochodzi również tryb Mercenaries… To jednak trzeba prostu sprawdzić samemu. Nieliczne błędy występują, ale czy warto szukać dziury w całym, jeśli możemy się po prostu cieszyć świetnie przygotowaną grą? Dla fanów - pozycja obowiązkowa, dla wszystkich innych lubiących podobne klimaty - dzieło warte poświęcenia uwagi i kilku nieprzespanych nocy.




