Wzruszająca opowieść o marzeniach...
Recenzja gry To the MoonNeil i Eva, bo tak się oni nazywają, są naukowcami specjalizującymi się w niezwykłej dziedzinie podróży w głąb ludzkiej świadomości. Tym razem przyjdzie im zanurzyć się w umyśle wspomnianego staruszka, Johnny'ego. By pozornie zrealizować jego marzenie, będą musieli poznać jego przeszłość. I to właśnie przez ten proces przeprowadza nas fabuła, jedna z najlepszych, a na pewno najbardziej wzruszających, jakie do tej pory w grach widziałem, taka, od której łza sama się w oku kręci - i to wcale nie żart.

Kto by się spodziewał, że ta wiewiórka odegra tak dużą rolę w historii...
Mimo, że produkcja pojawiła się praktycznie znikąd, z dnia na dzień, bez większych zapowiedzi, szturmem zdobyła serca fanów przygodówek z całego świata – głównie za sprawą fabuły, którą starałem się pokrótce opowiedzieć już nieco wcześniej. A na czym tak właściwie polega sama rozgrywka? Ta nie jest bardzo skomplikowana i w dużej mierze opiera się na poszukiwaniu łączników kolejnych wspomnień, czyli rzeczy, z którymi bohater wiąże swoje coraz wcześniejsze wspomnienia. Właśnie w ten sposób udaje nam się przedostawać coraz głębiej do jego umysłu – naszym zadaniem bowiem jest dotarcie tak wcześnie, jak się tylko da. Tylko w ten sposób będziemy mogli zmienić jego wspomnienie w takim stopniu, by ten zapragnął zostać astronautą. To jednak, co odkryjemy, z pewnością da nam wiele do myślenia i podsunie wiele wątpliwości co do słuszności tego, co robimy.
W grze nie brakuje elementów zręcznościowych, aby to lepiej nazwać – minigier. W jednej z nich na przykład korzystamy z klawiszy strzałek, by jeździć konno, w innej zaś używamy ich do omijania spadających na nich przeszkód. Te kilka gierek zostało zrealizowane w bardzo sprawny sposób, którego nie powstydziłyby się z pewnością większe produkcje – a przecież to nie te gry stanowią główną część zabawy.
Główną wadą „To The Moon” jest jego długość. Całość możemy przejść w nieco poniżej pięciu godzin, co może być strasznie rozczarowujące – zwłaszcza, że dopiero po jakiejś godzinie zaczynamy rzeczywiście wczuwać się w to, co rozgrywa się na ekranie. Świetna fabuła sprawia, że czas ten mija niczym mrugnięcie powieką oka i aż chce się krzyknąć „Ja chcę więcej!” A więcej będzie na pewno, gdyż sequel sugeruje sama końcówka gry.
Choć oprawa graficzna produkcji wyraźnie nie była głównym zmartwieniem autorów, ma ona swój czar. Spodobać się może nie tylko fanom Tibii, ale i wszystkim zwolennikom czegokolwiek z głębią, niekoniecznie spektakularnego i wysokobudżetowego. Prawdziwym asem, którego Kaa Gao wyciąga z rękawa już na początku jest jednak oprawa dźwiękowa, która w czasie gry niejednokrotnie wywołała u mnie gęsią skórkę. To ona tworzy cały klimat w grze i to dzięki niej fabuła jest tak autentyczna, emocjonująca i po prostu fascynująca. Fortepianowe nuty znakomicie pasują do rozgrywki, aż chce się ich słuchać nawet po ukończeniu zabawy.
Nieposiadanie na swojej półce produktu tak świetnego, jak 'To the Moon" byłoby prawdziwym wstydem dla osoby nazywającej się fanem przygodówek. Gra ta jest kwintesencją gatunku, czymś, o czym długo po zagraniu będzie się jeszcze rozmyślać. Choć zagranie w nią jest przeżyciem dość krótkim, żadnej sekundy spędzonej na nim nie można żałować. Zwłaszcza, ze Polacy otrzymali szansę zagrania w grę w tak atrakcyjnej cenie. Dwóch dyszek lepiej nie wydacie!


